Tadeusz Bonarski
28-300 Nawarzyce 94
woj. Świętokrzyskie
Kraków, Styczeń 2006r





Zapis wspomnień z okresu służby wojskowej
i wojny obronnej 1939r.


1. Służba wojskowa
Moje wspomnienia rozpocznę od powołania mnie do służby wojskowej 21 marca 1939r. Moją jednostką macierzystą był 38 Pułk Piechoty Strzelców Lwowskich (38PP). Po kilkunastu tygodniach od powołania, przydzielony zostałem do szkoły podoficerskiej, w której zdążyłem nauczyć się czytania map topograficznych, posługiwania się busolą, itp. Następnie przydzielono mnie do kompanii ciężkich karabinów maszynowych CKM.

Książeczka wojskowa Tadeusza Bonarskiego
Książeczka wojskowa Tadeusza Bonarskiego

Przemyśl był wtedy uroczym miasteczkiem, które poznawaliśmy z kolegami podczas krótkich przepustek. Pamiętam kolegów z kompanii: Stanisław Makuch (z Małopolski), Stanisław Śnieżek z okolic Przemyśla. W każdą niedzielę i święto koszary nasze uczestniczyły we mszy świętej w kościele garnizonowym. W mojej kompanii służyli Polacy, Ukraińcy i Żydzi. Nie wyczuwało się żadnych podziałów czy dyskryminacji z powodów narodowościowych czy religijnych.


2. Początek wojny
Już w sierpniu tego samego 1939 roku, podczas manewrów wojskowych, w których brał udział również nasz 38PP, dowiedzieliśmy się o narastającej groźbie wojny z Niemcami. W takiej atmosferze, nie ukończywszy planowanych ćwiczeń i przerywając manewry, powróciliśmy do koszar ok. 20 sierpnia, gdzie również zaczęli przybywać liczni rezerwiści zmobilizowani wobec nieuchronnej już wojny. Rozpoczęły się wyjazdy uzbrojonych oddziałów wojska na przewidywane zgrupowania. Opuszczających bramy koszar błogosławił kapelan pułku.

Ok. 30 sierpnia nasz 38PP załadowano na pociąg, którym udaliśmy się w kierunku południowo-zachodnim na spodziewany front wojny, którą już wyczuwało się powszechnie. Do docelowej stacji jednak nie dojechaliśmy, bo kilka kilometrów wcześniej dowództwo zdecydowało o zatrzymaniu pociągu i pospiesznym opuszczeniu go. Podczas, gdy wysiadaliśmy, nad stację, do której zmierzaliśmy nadleciały niemieckie samoloty i zbombardowały ją. Właśnie wtedy, gdy według rozkładu jazdy nasz pociąg powinien tam dojeżdżać. Były już pierwsze ofiary. Pamiętam widok kobiety siedzącej nadal za biurkiem z obydwiema rękami obciętymi przez odłamek niemieckiej bomby w budynku stacji, którą po pewnym czasie mijaliśmy. Po dłuższym marszu dotarliśmy nad rzekę Dunajec, na brzegu której okopaliśmy się w oczekiwaniu na wroga. Niemców spotkaliśmy w niedzielę (3 września 1939) wcześnie rano.


Książeczka wojskowa Tadeusza Bonarskiego
Książeczka wojskowa Tadeusza Bonarskiego

Uderzenie niemieckie rozpoczęło się od ostrzału artyleryjskiego naszych pozycji. Po całodniowej wymianie ognia (działa, moździerze, karabiny maszynowe) były już znaczne straty po naszej stronie. Niemcy wstrzeliwali się w nasze pozycje i byliśmy zmuszeni powoli wycofywać się i zmieniać stanowiska strzeleckie. W nocy, kiedy ucichły działa, słychać było jedynie pojedyncze strzały z lżejszej broni, a z pobliskich okopów dochodziły odgłosy modlitwy oraz jęki rannych i konających żołnierzy. Jeszcze tej samej nocy Niemcy rozpoczęli budowę mostu pontonowego na Dunajcu. Po północy, ok. godziny 2, do mojego okopu przyszedł dowódca kompanii Siedlecki i powiedział, że musimy się wycofać. Niemcy bowiem zbudowali już most i zaczynają zdobywać przyczółki na naszym brzegu, a przede wszystkim ich siła bojowa znacznie przewyższa nasze możliwości obrony. Na moje zapytanie o nasze straty, dowódca odpowiedział, że nie są duże. Niestety, przeczył temu obraz wielu wozów konnych wiozących o świcie naszych poległych żołnierzy, których grzebano na tyłach, za linią frontu.

Zmuszeni, wycofaliśmy się w okolice niewielkiego miasteczka Tuchów, gdzie przygotowywaliśmy się do stawienia oporu nacierającym oddziałom wroga. W niewielkim zagajniku czekaliśmy gotowi bronić się do końca. Po rozpoczęciu bitwy, Niemcy ostrzeliwali bardzo intensywnie przedpole z broni maszynowej. Odnosiłem wrażenie, jakby siewca rzucał ziarna w ziemię, ale takie, które niosły śmierć każdemu, kto nawet lekko podniósł głowę. Przeczekaliśmy ten atak ze stosunkowo małymi stratami. Sytuacja stawała się dla nas niekorzystna. Wtedy użyliśmy granatów zadymiających przedpole. Ostrzał zmniejszył się znacznie i wtedy ruszyliśmy do ataku. Tym razem na bagnety, bo pozwalał na to niewielki dystans, który dzielił nas od wrogich oddziałów. Szybko dopadliśmy Niemców, a ci spośród nich, którzy ocaleli, uciekli w popłochu za linię swojego ognia zaporowego. W zamieszaniu, jakie powstało na polu bitwy oddziały nasz rozproszyły się. Nasi dowódcy mieli świadomość położenia, w jakim znaleźliśmy się zatrzymując atak Niemiecki. Wobec stosunkowo szerokiej linii frontu, groziło nam okrążenie. Aby go uniknąć cofaliśmy się coraz bardziej na wschód. Wiedzieliśmy, że musimy dotrzeć w okolice Lwowa, gdzie przegrupowane wojsko polskie zamierzało stawić silny opór najeźdźcy. Podczas odwrotu zdarzały się mniejsze potyczki z Niemcami. Pamiętam miejscowości, które mijaliśmy; Gródek Jagielloński, Zimna Woda, Sądowa Wiśnia, itd.

Coraz częściej byliśmy też ostrzeliwani przez artylerię i lotnictwo niemieckie. Odczuwaliśmy brak żywności. Na szczęście był to czas dojrzewania owoców w sadach i zagrodach wiejskich, co pozwalało nam jakoś przeżyć. Czasami natrafialiśmy na kocioł z zupą, który pozostawili przy drodze przezorni kucharze z oddziałów wojska polskiego podążających przed nami w kierunku Lwowa. One także były nękane przez wroga. Zdarzyło się nam natrafić na rozbitą kuchnię polową wraz z zabitym kucharzem i koniem ciągnącym zaprzęg. Przeprawialiśmy się przez dukty leśne. I tak dotarliśmy do Lwowa, gdzie było już dużo wojska polskiego. Ogarnęła nas nadzieja, że będziemy w stanie oprzeć się skutecznie Niemcom i zachować wolną chociaż część ówczesnej Polski. Pod Lwowem spotkałem dowódcę mojej kompanii rozproszonej po bitwie nad Dunajcem na początku września, kapitana Śniecikowskiego. Spytałem go o nasze położenie, na co odpowiedział mi wówczas, że Rosjanie zlikwidowali nasze straże graniczne i zbrojnie ruszyli na nasz kraj. Niedługo po tym, bo już 25 lub 26 września byli we Lwowie. Jestem naocznym świadkiem spotkania oficerów rosyjskich i niemieckich, którzy obściskiwali się i całowali. My, żołnierze polscy rozbijaliśmy naszą broń, żeby nie dostała się sprawna w ręce wrogów. Wiedzieliśmy, że jesteśmy w nieprzyjacielskim kotle. Oficerowie nasi namawiali żołnierzy do ucieczki przez Zaleszczyki, ale było zbyt późno na takie rozwiązanie. Wrogowie nasi zaczęli dzielić się jeńcami. Część z nas dostała się do rosyjskiej, a część do niemieckiej niewoli.


3. Niewola
Ja trafiłem do niewoli niemieckiej, którą dzięki opatrzności bożej przeżyłem. Ze Lwowa, grupa kilkunastu tysięcy jeńców, na piechotę została przypędzona do Tarnowa. Część jeńców na tyle osłabła, że nie byli w stanie iść dalej. Niemcy zdecydowali przetransportować nas dalej do Krakowa pociągami. W Krakowie, na Zakrzówku, gdzie przed wojną stacjonował pułk kawalerii, urządzono obóz jeniecki. W obozie panował coraz dotkliwszy głód. Dokuczały nam wszy i brud.

Jednym z dobrze zapamiętanych obrazów z tamtego okresu były spacery po placu, podczas których słychać było rozbawione głosy niemieckiej załogi obozu, biesiadującej w pomieszczeniach na pierwszej kondygnacji budynku obozowego. Od czasu do czasu przez okno wyrzucali oni niedojedzone skórki chleba. Niektórzy moi koledzy zbierali te resztki, jako że głód doskwierał nam okrutnie. Zdarzyło się, że podczas takiego zbierania resztek, wartownik niemiecki dźgnął bagnetem wygłodniałego jeńca w pośladek, aż krew trysnęła z wychudzonego ciała....

Miejscowa ludność przychodziła pod bramę obozu przynosząc żywność i ubrania cywilne. Pewnego dnia, siedząc z kolegami pod bramą obozu, zostałem rozpoznany przez jednego z mieszkańców Krakowa. Był nim przyjaciel mojego ojca, który przed wojną przyjeżdżał do moich rodziców do wsi Nawarzyce w powiecie Jędrzejowskim (woj. Świętokrzyskie). Z wielkim żalem zapytał: "co ty tu robisz?". Następnego dnia przyniósł mi pod płaszczem swoje ubranie, w które szybko przebrałem się w ustronnym miejscu. To było przykre rozstanie z polskim mundurem, ale obiecywałem sobie, że nie na zawsze i jak tylko starczy sił, podejmę walkę z okupantem. Tak też się stało, bo do końca wojny działałem w oddziałach partyzanckich AK i BCH. W przebraniu, opuściłem obóz wraz z innymi osadzonymi tam cywilami, których Niemcy uwalniali w początkowej fazie utrzymywania obozu. Po pewnym czasie, gdy zorientowali się, że ubywa również żołnierzy, zaprzestali wypuszczania za bramę także i cywilów. Po pewnym czasie, pozostali w obozie jeńcy zostali wywiezieni do obozów koncentracyjnych lub na przymusowe roboty do Niemiec. Po wojnie wielu z nich wróciło do Polski. Z grupy, która pod Lwowem dostała się w ręce sowieckie, nie wrócił nikt, kogo znałem. O nich historia długo milczała.
Pozdrawiam serdecznie,
Tadeusz Bonarski
Tadeusz Bonarski z najbliższą rodziną.
Tadeusz Bonarski

P.S.
Jeżeli ktokolwiek jest zainteresowany szczegółami opisanych wydarzeń, proszę o kontakt Internetowy: nmbonars@imim-pan.krakow.pl, listowny lub osobisty. Szczególnie liczę na odezwanie się któregoś z moich kolegów z tamtego okresu, jeśli jeszcze żyją lub ich rodzin. Obecnie mam ponad 90 lat i chciałbym służyć pomocą w odtworzeniu losów znanych mi ludzi i wydarzeń z lat 1939-45..

G Główna

linia